|
Pograsowaliśmy nieco po ziemiach Tamriel i zatęskniło się nam do starej dobrej krainy zwanej Morrowind. Nie było nas tam przez wiele lat i zastanawialiśmy się, cóż też się stało z tym przepięknym lądem, kiedy już wyemigrowaliśmy. A w szczególności interesowało nas, jak poradzili sobie tambylcy, kiedy już nas zabrakło.
Jak zapewne wielu z Was pamięta, w Morrowind wszystko ma swoje miejsce. jeśli już ktoś prowadził drobny sklep, bądź zajmował się zabójstwami na zlecenie, stał zawsze w tym samym miejscu czekając naiwnie, aż pojawi się klient. Na ogół to my byliśmy klientami tych sklepów z tandetą. Mimo to, tradycjonaliści z Morrowind nadal stali na swoich miejscach i czekali na klienta. To się nazywa tradycja.
*
Ale po kolei. Pewnego pamiętnego dnia, pewnego roku (nie pamiętam który to był rok, ale mniejsza z tym), dopłynęliśmy więzienną, trzeszczącą krypą do Morrowind (Wiem, że ten ląd nazywa się inaczej, ale ta inniejsza nazwa nie przechodzi mi przez gardło). Ta wioska nazywała się Seyda Neen. Zdziwiliśmy się niepomiernie, kiedy na pokładzie tej samej krypy spotkaliśmy tych samych impertynenckich strażników i współwięźnia Juiba, którego (po tylu latach) jeszcze nie wypuścili na wolność. Ot sprawiedliwość Cesarskich oprawców! Ale to również wpisuje się w tradycję.
*
W drodze do Balmory, zahaczyliśmy o Pelagiad. Nie. Nie zajrzeliśmy do mordowni, to jest oberży "W pół drogi". Mieliśmy własne trunki więc... Ciekawostka. Na skutek upadku Bariery i wytępienia wszystkich (prawie) członków Szóstego Rodu, oraz kataklizmu Czerwonej Góry, wszystkie skrzekacze pozdychały. Z resztą nie tylko skrzekacze. ostały się tylko szczury i zapchlone guary, którym jakby przybyło wigoru i są w stanie prześcignąć nawet Black Horse z Cheydinhall! A poza tym, guary gryzą jak zwykle, więc... Tradycja.
*
Jeszcze jeden aspekt upadku Bariery, który od razu rzuca się w oczy, to pejzaże! Naprawdę jest na co popatrzeć. Zniknęły wszędobylskie gęste mgły i teraz można podziwiać piękne widoki.
Jeśli parasz się magią, warto zaopatrzyć się w aparaturę mistrzowską z Morrowind. W południowej wieży Tel Vos można cos kupić, zaś drugi element (sorry nie pamiętam co konkretnie) jest do nabycia w Balmorze w sklepie alchemiczki... Jak jej tam było... Ech minęło tyle lat...
Warto się wybrać w okolice Czerwonej Góry. Naprawdę polecam. Zrobiliśmy sobie nawet fotkę przed Bramą do czerwonej Góry. Aha. Uwaga. Popielni kradną aparaty fotograficzne, tak więc miejcie się na baczności. Żeby nie było, że nie mówiłem.
*
Wizyta w Balmorze to już taka dawka sentymentów że... Aż łezka się kręci. W Gildii Magów czeka nas niespodzianka. Kiedy otwarliśmy skrzynkę z zaopatrzeniem dla okazało się, że skrzynka czekała na nas. Można czerpać do woli z zapasów magii Morrowind. Do dyspozycji są kryształy duszy, pergaminy magiczne oraz kilka eliksirów. oczywiście nie są to najlepsze rzeczy, które można znaleźć w Morrowind, no ale darowanemu koniowi nie zagląda się w paszczę... Podobnie rzecz się miała z zapasami w Gildii Wojowników.
W Balmorze, jak i w innych miastach nadal stoją autobusy... Hmm. Jak to inaczej określić... Robaki, na których można było jeździć do wszystkich kluczowych miast. Niestety firma transportowa zbankrutowała i robaki, jak i kierowcy stoją bezczynnie nie oferując żadnych usług. Ale zgodnie z tradycją Morrowind - dobra zmiana, to brak zmian, więc stoją na swoich miejscach jak za czasów Newara.
*
Moim ulubionym miejscem były zawsze pastwiska. Ileż to Bóstw padło z mojej ręki, a ileż guarów i alitow, że o szczurach już nie wspomnę. Na łąkach zaszły pewne zmiany. Pojawiły się paprocie, wysoka trawa. Teraz naprawdę przypomina to łąki w przeciwieństwie do dawnych stepów prowincjonalnych. Będąc na pastwiskach trzeba było odwiedzić Vos, oraz Tel Vos, gdzie mój poczciwy Mistrz uprawiał swoją pokręconą politykę. Mimo iż zaopatrzyłem się w fiolki z czarem lewitacji, te nie zadziałały. Nie byłem więc w stanie odwiedzić starego pryka, choć naprawdę bardzo się starałem. Jednak na pamiątkę, zrobiliśmy sobie zdjęcie panoramy łąk na tle zachodzącego słońca. Wspomnienia odżyły...
*
Z lubością przyłączałem się zawsze do rodu Telvanni. Toteż nie dziwne jest, że moją starą siedzibę musiałem odwiedzić. Zdziwiłem się, zastawszy w moim własnym domu jakąś przybłędę. W kilka chwil rozwiązaliśmy kwestię własności twierdzy "Grób Ulvricha" (chyba tak to się pisze...). przykra niespodzianka: Wszystkie dwmerowe centuriony pazdychały i zostały oddane na złom. To jeszcze jeden z efektów upadku Bariery. Coś w rodzaju skutków zabawy z bronią jądrową.
Tak więc wróciliśmy do Twierdzy. Wszystkie moje rzeczy zostały wyniesione, co mnie trochę rozsierdziło, ale z drugiej strony nie było mnie przez tyle lat... Szczęśliwie cała służba była na swoich miejscach i przywitali mnie z wielkimi bananami, jak przystało na wierną służbę. Nawet budownicza twierdzy Gra-Bul-coś-tam przyszła mnie przywitać i stała tuż przy moście w miejscu gdzie poprzednio stał mój przystojny parowy centurion.
*
Jednak czas nam było w drogę ruszać. Kolejnym przystankiem, po przebyciu Popielnych ziem, a propos - Popielne burze nadal szaleją tak złośliwie, że na splunięcie nic nie widać, dotarliśmy do Vivec. Po tym, jak obaliliśmy samozwańczego boga Viveca, spodziewać by się można jakiejś rewolucji, czy czegoś w tym stylu, ale nie... Wszyscy udają, że nic się nie stało. Nadal przynoszą kwiatki pod statułę Viveca i jeszcze jakiegoś świętego. Strażnicy nadal są nieuprzejmi, jak za dawnych czasów tylko każda ze spotkanych postaci, nie mogła się nadziwić zwierzęciu które przybyło wraz ze mną z Tamriel. Konia nikt dotąd nie widział w Morrowind więc nic dziwnego, że wywoływał taką sensację. Każdy pytał czy toto przypadkiem nie gryzie i czy może pogłaskać. Powinienem chyba brać opłaty za możliwość pogłaskania mojego konia... Mojego... Hmm. Może nie do końca. Pożyczyłem go sobie tylko w Cheydinhallu... Na krótko. No przecież wydatek 5000 sztuk złota, na takiego bezużytecznego zwierzaka to prawdziwe zdzierstwo. Z resztą, nie ma o czym mówić. Po powrocie i tak ktoś mi go ukradł...
*
Jeśli tą relacją, nie przekonałem Cię do wycieczki do Morrowind, to musisz być naprawdę zatwardziałym domatorem. Tereny naprawdę wspaniałe, wiele sentymentów, stare kąty, starzy znajomi sklerotycy (nie pamiętają Cię!) no i pamiątki! Można sobie przywieźć z Morrowind na przykład pióro skrzekacza, albo bryłkę adamantytu, albo gustowną głowę Argonianina do powieszenia nad kominkiem. Ja zadowoliłem się Popielnym posążkiem, których w nadmiarze mieli przemytnicy w Hla Oad.
*
Naszą wycieczkę do Morrowind otrzymaliśmy dzięki sponsorowi, portalowi http://morroblivion.com
Rzuć okiem na:
|